Uncategorized

Góry, które leczą!

Ale o co chodzi?

Jakiś czas temu w magazynie górskim przeczytałam ciekawy artykuł o himalaistce, która dzięki górom wyleczyła się z depresji. Pomimo tego, że na depresję nie cierpię, mogłam się z tą kobietą utożsamić. Temat, który tutaj poruszę nie dla każdego będzie tematem łatwym do zrozumienia, wielu może się wyśmieje, nazwie mnie psycholem, który powinien wylądować w Gnieźnie. Nie jest to dla mnie istotne, bo wiem, że wielu ludzi zmaga się z problemem lęków i fobii. W Polsce jednak w tej kwestii pozostajemy zamknięci, szufladkujemy osoby, które się z tym  zmagają. Temat psychologów/psychiatrów nadal jest zamiatany pod dywan, pomimo, że coraz częściej korzystamy z pomocy takich lekarzy. Często słyszę opinie ” skoro chodzi do psychologa to ma coś nie tak z głową”, psycholog często mylony jest z psychiatrą. Zapotrzebowanie na psychologów jest coraz większe, widać, że ludzie ( często bardzo młodzi) nie radzą sobie z życiem i często potrzebują pomocy. Może się komuś wydawać, że problem lęków/fobii to nic strasznego, że wystarczy powiedzieć ” ogarnij się, będzie dobrze”. Ja mogę to skwitować jednym słowem ” męczarnia”. Jeżeli ktoś nie ma na tyle sił, pomysłu na siebie  i determinacji w pokonaniu lęków to mu bardzo współczuję, gdyż jest to droga przez piekło. Największym wrogiem dla nas jesteśmy my sami. Sami potrafimy sobie utrudnić drogę w pokonaniu tego problemu. Ja jestem tego żywym przykładem. 

Skąd problem?

Tak naprawdę nie mam pojęcia skąd się to wzięło. Zawsze byłam towarzyskim dzieckiem. Dzieciństwo wspominam bardzo dobrze. Mam mnóstwo miłych wspomnień. Ale pamiętam już w podstawówce, jak wystąpił mój pierwszy problem z małym lękiem. Wystraszyłam się przejścia piętra wyżej w budynku. Płakałam kiedy patrzyłam na schody, które tam prowadzą. Zaprowadzenie mnie na górę trochę trwało, ale koniec końców udało się. Potem śmigałam po schodach jak opętana, bo wiedziałam, że nic się nie stanie złego. 

Problem gdzieś przez lata był uśpiony i odezwał się w najmniej oczekiwanym momencie. Gdy chodziłam do liceum, dojeżdżałam autobusem do szkoły. Przez dwa lata nic się nie działo, zawsze słuchałam muzyki, nigdy nie miałam problemów z klaustrofobią. Pewnego ranka po prostu przyszła mi do głowy pewna myśl ” a co będzie jak zemdleje”? Dookoła pełno ludzi, autobus był napakowany po brzegi. Zrobiło mi się gorąco, serce waliło jak oszalałe. Ręce trzęsły się jak galaretka. Ciężko mi było złapać oddech. Prędko wysiadłam z tłumu, spanikowałam i z płaczem zadzwoniłam do rodziców, żeby mnie stąd zabrali. Nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie ” co się stało?”. Czułam się nieswojo, patrzyłam na autobus i na samą myśl wpadałam w panikę, że mam nim jechać kolejnego dnia. Byłam tak sparaliżowana, że przez kilka dni nie mogłam się zebrać do szkoły. Jednak od najmłodszych lat starałam się nad sobą pracować. Wyrzuciłam z ipoda wszystkie smutne, ciężkie piosenki, zastąpiłam je tylko tymi optymistycznymi. Zaopatrywałam się w butelkę zimnej  wody. Postanowiłam sobie, że pomimo gdy wpadnę w panikę kolejny raz, zacznę spokojnie oddychać i dojadę do tej cholernej szkoły. Droga do szkoły trwała zazwyczaj godzinę. Godzinna katorga, tysiące myśli. Lęk przed lękiem. Uderzenia gorąca, serce jakbym bym przebiegła 25 km.  Walczyłam sama ze sobą, mówiłam do siebie, że nic się nie może stać, jak zemdleje to trudno. I co? Dojechałam! Nic złego się nie stało, dało mi to światło na to, że to tylko głupi lęk. Im więcej jeździłam środkami komunikacji publicznej, tym lepiej to znosiłam. Chociaż na początku wręcz się zmuszałam do tego by nimi jeździć, specjalnie by zmniejszać lęk. 

Teraz nie mam najmniejszego problemu by poruszać się po mieście mpk. Nawet nie zwracam na to uwagi. 

Nigdy nie cofałam się do tej sytuacji. Nie analizowałam tego, problem na długo ucichł. 

Jednak lęk postanowił mi dać kopa w tyłek i wsadzić szpilkę w najczulszy punkt- w moją pasję. 

Kiedy odnalazłam swoją jedyną, prawdziwą górską pasję, lęk postanowił mi odebrać część radości, którą z niej czerpałam. 

Jeden wyjazd w góry sprawił, że cały mój świat poleciał jak domino. Beskid Żywiecki dał mi popalić. Wspominałam o tej sytuacji wcześniej, opisując wyprawę na Babią Górę, jednak nigdy nie mówiłam jak ten wyjazd wpłynął na dalsze wyjazdy. 

Przy zejściu ze szlaku, dostałam ostrego zatrucia pokarmowego. Niestety pech chciał, że trafiło na moment powrotu do Poznania. Nie będę szczegółowo opisywać jak mogła wyglądać moja podróż pociągiem. Jak na złość rozdygotany pociąg sprawiał, że zieleń na mojej twarzy robiła się bardziej intensywna. Czułam się jak na statku. Przede mną dwie przesiadki, w ostatniej chwili okazuje się, że muszę dojechać do Krakowa zastępczym autokarem. 30 minut drogi przez piekło. Byłam tak sparaliżowana strachem, mdłości doprowadzały mnie do szału. Gdy tylko udało mi się wysiąść i dojść do dworca, łazienka stała się moim azylem na kilka godzin. Bałam się ruszyć. Kilka połączeń do domu straciłam. Nie wyobrażałam sobie dalszej 6 godzinnej podróży w pociągu. Nie miałam sił by wyjść z łazienki. Koniec końców zawołano pogotowie. Tam jasno powiedzieli, że zwyczajnie złapałam wirusa, starali się mnie uspokoić, ponieważ w karetce zestresowałam się jeszcze bardziej.  Dostałam zastrzyki, poczułam się trochę lepiej. Po godzinie praktycznie mi przeszło, ale w głowie został obraz mojej podróży poprzednim pociągiem. Jednak musiałam wsiąść i jakoś dojechać do Poznania. To była jedyna, ostatnia możliwość by wsiąść w ostatni pociąg, co się wydarzy to trudno. Ostatecznie dojechałam do Poznania bez żadnych problemów, nawet udało się przespać kilka godzin. 

Niestety w głowie zostało mi to przykre dla mnie doświadczenie i nie chce dać zapomnieć o sobie do teraz. Pierwszy wyjazd od tamtego momentu był bardzo stresujący, ale koniec końców nic się nie działo podczas jazdy. Każdy jeden wyjazd dawał mi poczucie komfortu, że przecież nic się nie stało to i teraz dojadę do celu bez problemów. 

 Wyjazd tygodniowy w Tatry  miał  należeć do jednych z najlepszych , niestety nie zakończył się dla mnie pomyślnie, podobnie jak w Beskidzie. Niestety w przypadku tego wyjazdu nie zadbałam o swój komfort. Dodatkowo doładowałam sobie czynników stresujących w postaci pokoju wieloosobowego w schronisku , braku jakiegokolwiek komfortu. Załatwiałam wyjazd tak, by pasowało innym, a nie sobie. Koniec końców bardzo się na tym przejechałam. Doceniłam podczas tego wyjazdu, jak ważne jest by jechać na wyprawy w góry z  kimś zaufanym. By móc z nim porozmawiać gdy coś złego się przytrafi. Ja znalazłam się w sytuacji ” dobra mina do złej gry”. Po wędrówkach przez kilka dni w upałach, 5 dnia w schronisku dostałam gorączki, dreszczy, mdłości, bólu głowy. Automatycznie wewnątrz spanikowałam, że historia z Beskidu się powtórzy, chociaż nic takiego nie miało miejsca. Nie mogłam się uspokoić, przytłaczała mnie świadomość, że mam tam spędzić jeszcze dwie noce. W tym zatłoczonym pokoju, bez zasięgu, gdzie nie mogłam z nikim porozmawiać. Automatycznie myśli przestawiły się na temat powrotu do domu. Lęk przed lękiem to najgorsze uczucie jakie może nas spotkać. Paraliżuje dosłownie wszystko. Uśmiechasz się do ludzi, mówisz, że wszystko jest okej- nie chcesz by zobaczyli, że coś jest nie tak. W środku się gotujesz, serce wali jak oszalałe, z nerwów nic nie możesz zjeść co sprawia, że jesteś jeszcze słabszy i nie masz na nic sił. Tak bardzo nie chciałam mówić jak się męczę, że często pojawiały się łzy. Tak jakby cały strach chciał dać upust. Na początku wyjazdu byłam zafascynowana Tatrami, wparowałam na szlak jak potłuczona. Pierwsze 3 dni wędrówek a ja już oddałam serce Tatrom. Niestety te ostatnie 2 dni wszystko mi zniszczyły. Zaczęłam się bać wyjść na szlaki, sparaliżowała mnie myśl, że coś mi się znowu przytrafi na trasie. Sama wytworzyłam ten problem, wpadłam we własne sidła i niezbyt miałam pomysł jak z tego wyjść. Musiałam sobie tam poradzić z tym sama, co niestety nie napawało mnie zbytnio optymizmem. Wracając do Poznania, moi znajomi mieli miejsca w innych  wagonach ,musiałam wracać sama. Ściśnięta jak paczka dropsów, 8 godzin ładowania sobie w głowę” dasz radę”,” nic Ci się nie stanie”, ” jeszcze tylko 6 godzin”, ” dałaś radę 2 godziny, dasz radę kolejne”. Powolne oddychanie, byle tylko nie spanikować i nie wysiąść z tego cholernego pociągu. Oczywiście dojechałam do Poznania…i nic się nie stało. Jednak 2 dni takiego stresu,  na dworcu myślałam, że zemdleje z emocji. Chciało mi się śmiać i płakać. Nie wiedziałam co pierw zrobić. Łzy ze szczęścia? Trochę tak było. 

Gdy już ochłonęłam w mieszkaniu kilka dni po przyjeździe, postanowiłam się ostro wziąć za ten temat. Powiedziałam sobie ” nie dam się sparaliżować lękowi”, ” on nie zawładnie moim życiem i moją pasją”. Nie było opcji na rezygnowanie z górskich wojaży. Chociaż nie raz, nie dwa przechodziły mi myśli ” jak ja sobie z tym wszystkim poradzę, od czego mam zacząć”, ” czy odważę się jeszcze jechać w góry?” 

Ktoś mi kiedyś powiedział ” zacznij od zadbania o siebie, o Twój komfort i poczucie bezpieczeństwa”. 

Ponieważ lęk dobrał się do czegoś co bardzo kocham, stwierdziłam, że potraktuję góry jako formę terapii dla mnie. Każdy jeden wyjazd to dla mnie wyzwanie, które stawiam przed sobą. Każda jedna przesiadka, każdy kilometr, każdy najmniejszy szczyt to dla mnie osobisty  sukces.

Pokonanie lęków to długotrwała praca, wymagająca sporego nakładu pracy, chęci oraz motywacji. To my sami  niekiedy powinniśmy być dla siebie najważniejsi. Ja mam dosyć stawania na głowie dla komfortu i życzeń innych ludzi. Czas zawalczyć o siebie. 

Po pierwsze, nigdy więcej nie wezmę w góry kogoś  z „pierwszego lepszego rzutu”. Tak jak wspominałam wcześniej, liczy się zaufanie, bezpieczeństwo. Osoby z takim problemem powinny mieć uczucie, że w każdej chwili mogą powiedzieć ” stop! dalej nie idę, nie czuję się na siłach”. Sami musimy wyznaczać sobie granicę – dotąd, nie dalej. 

W moim przypadku dojazd jest dosyć ważną kwestią. Kiedy wybieram dojazd, staram się aby nie było przesiadek oraz by nie był to przejazd regio. Stwierdziłam, że skoro zarabiam, wolę dołożyć pieniądze i jechać albo 1 klasą, albo w wagonach bezprzedziałowych. Nie mam zamiaru robić niczego na siłę, by w męczarniach spędzać 12 godzin. Zyskuję tym samym komfort psychiczny. Kolejnym punktem na pewno jest nocleg. Gdy jest taka możliwość zdecydowanie wybieram opcję z noclegiem na dole niż w schronisku. Póki co potrzebuję trochę na czasu na ponowne oswojenie się z tego typu noclegami. 

Dopasowanie trasy do swoich sił to również jedna z najważniejszych punktów. Wiem, że zawsze mówię do siebie, że kilka kilometrów więcej nie robi różnicy. Owszem- nie zrobi, gdy tylko wyjdę z tego problemu 🙂

Odległość od Poznania również gra tutaj istotną rolę. Wyznaczyłam sobie cel- stopniowo, spokojnie, bez spiny. Góry nie uciekną. 

Nie należę do osób, które łatwo odpuszczają. Wierzę, że kiedyś pozbędę się tego problemu na zawsze. Będę mogła spokojnie planować, nie martwić się o dojazd, nocleg, ponieważ nic nie stanie mi na przeszkodzie. 

Wyjazd, zorganizowany z głową, gdzieś mnie podświadomie uspokaja. Muszę mieć świadomość, że nie robię niczego na siłę. 

Wierzę, że w końcu ponownie znajdę się bliżej Tatr, tym razem z większym spokojem i uśmiechem na twarzy. Gdy do tego dojdę, będę wiedziała, że cel został osiągnięty a Tatry przeniosą mnie na jeszcze wyższe góry. 

Do tej pory, każdy jeden wyjazd napawa mnie dumą, że dałam sobie radę. Przez głowę przewija się tysiąc myśli, lęków, mimo wszystko. Jednak coraz bardziej potrafię sobie z tym radzić. Wyrabiam techniki, które mi pomagają w kryzysowych sytuacjach. Każda jedna trasa w górach sprawia, że staję się silniejsza. Góry w tej chwili dają mi jeszcze większe poczucie, że mogę wszystko. Podobnie jak himalaistce, która wyszła dzięki górom z depresji. Śmiało mogłabym przybić jej piątkę. 

Góry mają w sobie moc, którą nie każdy może zauważyć. Mi dają siłę, marzenia, wyzwania. Stawiają mnie przed sobą samą i zmuszają do odpowiedzi na pytanie ” Dałaś sobie radę?”.  Zawsze można pomyśleć, że mogłam sobie dać radę lepiej, ale to własnie małe kroki doprowadzają do tych dużych postępów. Nie mam zamiaru gnębić siebie za niepowodzenia, nie cofnę tego co się wydarzyło kilka miesięcy temu. Mogę jedynie pomyśleć jak bardzo mnie to umacnia, daje pewność, że poradzę sobie w każdej sytuacji. Przecież wtedy, w najgorszych momentach nie poddałam się, nie uciekłam, nie spanikowałam, chociaż tak bardzo się tego bałam. Bardzo cieszę się, że odnalazłam w życiu coś co daje mi poczucie, że mogę wszystko i świadomość tego, że jestem twardą, zdeterminowaną sztuką. 

Nie każdy może zrozumieć taki problem, ciężko niektórym o tym rozmawiać. Na początku martwiłam się, że napiszę o czymś bardzo osobistym, jak mogą mnie ludzie odebrać?

Nawet jeżeli odbierzesz mnie bardzo źle, to wiedz jedno- Jak Ciebie nawiedzą lęki , to ja się będę z Ciebie śmiać. Ty wpadniesz w panikę – bo w przeciwieństwie do mnie nie będziesz wiedział co zrobić ! 


Człowiek więcej boi się tworów własnego umysłu niż konkretnej rzeczywistości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *