Uncategorized

Na Dachu Tatr Zachodnich !


Od szczęścia….do nieszczęścia



Chciałoby się napisać ” na dachu świata”, jednak na początku warto docierać  chociaż na poddasze.

Tatry znajdowały się na moim celowniku już od dawien dawna. Zawsze było tylko ” Tatry, Tatry, Tatry.” Niestety, odległość nie pozwala na częstą eksplorację tych rejonów. 

 Jakie mam odczucia po 6 dniach spędzonych w Tatrach Zachodnich? – Mieszane, a dlaczego, zaraz Wam opiszę. 

Ostatni raz w Tatrach byłam z moją Mamą w 1997 roku. Bardzo dobrze wspominam ten pobyt, pomimo moich mocno obtartych stópek w drodze na Morskie. Do tej pory mam swój mikro dyplomik z mini orderem za przejście do Schroniska . To tak jak dostać lizaka u dentysty – dzielny pacjent. Przywołuje świetne wspomnienia, tym bardziej, że w tamtych czasach nie było aparatów w telefonach, zdjęć mam raptem kilka. 

Zapakować się w góry na 6 dni, w miejscu w którym nie ma się dostępu do art. spożywczych ( ew. czekolada i ciastka za milion zł), to było wyzwanie. Oczywiście moje nieudolne spakowanie, sprawiło, że z konserwami jak zwykle wracałam do domu. 











Schronisko na Polanie Chochołowskiej 

Tak, tak, wiem, że wszyscy Chochołowską kochają. Rzeczywiście ma w sobie urok, szczególnie wieczorem, kiedy owce opanują wszystko co zielone. 

Niestety, ja mam mieszane uczucia. W tym schronisku czułam się wyjątkowo mało komfortowo. W sumie, miałam to na własne życzenie. Rezerwacja 5-ciu noclegów w pokoju 14- osobowym, niesie za sobą pewnie ograniczenia. Myślałam, że nie będzie stanowiło to dla mnie większego problemu. Jak widać, każdy wyjazd czegoś uczy. Brak snu, przez chrapanie innych ludzi, bardzo niewygodne łóżka, brak kontaktów w ogromnym pokoju. Kontakt na korytarzu nie działał, przez co trzeba było sprzęt ładować i zostawiać w toaletach. Każdy ruch na moim materacu, to był istny koncert. Strach było się w ogóle ruszyć. Pokój bardzo ciemny, przytłaczający wręcz. 

Dzień w dzień przez pokój przewijali się inni ludzie, z którymi nie bardzo można było załapać kontakt. Schronisko ogólnie dość surowe. 






Wszystko wynagrodziła pogoda, gdyż lepszej nie dało się zamówić. Pierwszego dnia, podczas wejścia na Bystrą, słońce aż tak mocno nie paliło, szło się całkiem przyjemnie. Od schroniska rozpoczęłyśmy szlakiem czerwonym, w kierunku Starorobociańskiego.

Starorobociański Wierch– Najwyższy szczyt na terenie Tatr Zachodnich polskich, oraz ogólnie jeden z najwyższych szczytów tego rejonu.

2176m n.p.m , wyniesienie 222m. 

Z miejsca położonego w głównej grani Tatr, można ujrzeć przepiękną panoramę, szczególnie na położone w dole Raczkowe  Stawy. Widoki obejmują zarówno Tatry Zachodnie jak i Wysokie.  Stoki Wierchu mają kamienisty charakter, przez co trzeba uważać, gdzie położyć stopę. W drodze na Bystrą, od Starorobociańskiego, kilka razy bym wykręciła kostkę. Nie wspomnę samego wejścia na Bystrą, gdzie szlak jest stromy oraz wąski. Przeżyłam małe zachwianie równowagi, i więcej nie mam zamiaru tego powtarzać. 


Bystra– Najwyższy szczyt Tatr Zachodnich, od strony Słowackiej  2248 m.n.p.m 

Wyniesienie: 562 m

Wszystko chciałoby się zapamiętać… Bo też widok z Bystrej jest tak wspaniały, że nie tylko geografa, ale i zwykłego turystę zdoła poruszyć.  Wyczytałam gdzieś taką myśl, niestety z Bystrej niczego nie widziałam. Chmury przesłoniły cały świat, wiało milion km /h, temp spadła do – miliona stopni. Rękawiczki się przydały, jak najbardziej. 

Miał być widok na Kominiarski Wierch oraz Czerwone Wierchy, Świnicę i Krywań też miało być widać. Niestety widziałam tylko biel. Zawsze coś! 

Cisza tam na górze była niesamowita, co prawda dotarłyśmy na szczyt dosyć późno, ale opłaciło się. Spokój, bez krzyków, bez błysków aparatów, bez kolejki do zdjęć. Perfekcyjnie.

Wracałyśmy Siwą Przełęczą oraz Starorobociańskim Równiem ,który prowadzi aż do głównego szlaku Doliny Chochołowskiej. 

Szlak bardzo śliski, mocno obłocony. Pozdrawiam Pana z erasmusa, który założył na wędrówkę białe spodnie, by następnie swój tyłek zamoczyć w kałuży błota. Moda w górach jest ważna, trzeba dobrze wyglądać ! 













Dolina Kościeliska 

Następnego dnia, nie ma spania. W drogę !

Kierunek—> Kościeliska  

Szlak wiódł przez Iwaniacką Przełęcz w kierunku Schroniska Ornak.


Szlak żółty= Kamienne schody, czyli zmora dla moich stawów.

Tą drogą dość szybko dotarłyśmy do schroniska. W planach pojawił się zakup szarlotki, sernika, obiadu, wszystkiego. POMARZYĆ TYLKO MOŻNA.

Patałachy z piwami wszędzie dookoła schroniska, wszędzie noworodki, ludzie wytapiający tłuszcz na słońcu, skwierczeli jak kiełby na rożnie. Zabawiłyśmy na krótko, z dala od ludzi, by następnie ruszyć nad Smreczyński Staw- czyli polodowcowe jezioro, otoczone lasem, nad którym wyrastają: Smreczyński Wierch , Kamienista oraz Błyszcz. 

Wcale się nie dziwię, że miejsce było często odwiedzane i malowane przez artystów. Miejsce pełne uroku, szczególnie jesienią. 


Im dalej do Doliny, tym więcej ludzi. Niestety liczyłam się z tym, także wielce nie byłam rozczarowana. Jednak Kościeliska bardziej ujęła me serce niż Chochołowska. Może to za sprawą skał wapiennych, które przypominały mi włoskie Dolomity. Coś w tym krajobrazie było. Wspinaczka do Jaskini Raptawickiej oraz Mylnej , szczególnie wywarła wrażenie ( kolejka do drabinek już mniej ).  Im wyżej tym gorzej spojrzeć w dół. Jednak ciężko się oprzeć pokusie wchodzenia wyżej i wyżej.  

W dolinie atrakcyjny akcent nadaje Kościeliśki Potok, który wypływa szczelinami ze skał. Fantastyczne, strome ściany, wody podziemne, ukojenie dla oczu. Nawet turyści mi wtedy nie przeszkadzali (!?) 

Powrót Niżnią Kominiarską Polaną, która myślę, dla każdego była prawdziwą udręką. W tych rejonach trzeba naprawdę uważać, trwają prace przy wycinkach drzew. Po wielkich ulewach i nawałnicach, na szlaku powstało pobojowisko.  Błoto dostaje się wszędzie, jest bardzo ślisko i nieprzyjemnie. Powalone drzewa, resztki po wycince. Przejście szlaku zajmuje 2x więcej czasu niż powinno. Ale… po co narzekać?











Wołowiec, raz !


Kolejnym celem, był Wołowiec, od którego można dojść na Rohacze, które stanowiły smakowity kąsek. Niestety, z uwagi na ostre podejście z łańcuchami, postanowiłam sobie je na razie odpuścić. 

Do Wołowca dostałyśmy się od strony Grzesia oraz Rakonia. Szlaki prowadzą granią, z której rozpościerają się urokliwe panoramy. Zbocza gór pokryte są rudawą roślinnością, co powoli zwiastuje jesienny klimat. 

Podejście na Wołowiec dosyć wymagające, niezły wysiłek. 


Wołowiec : 2064 m n.p.m   

Wyniesienie 153m 















Na szczycie Wołowca, Rohacze podane na tacy, dosłownie.  Cała panorama Tatr 

Słowackich, wywarła lepsze wrażenie niż Polska część. 

Skaliste szczyty tej głównej grani Tatr Zachodnich sprawiają, że człowiek ma wrażenie, że znajduje się w rejonie Tatr Wysokich. Zdecydowanie ta surowsza, bardziej skalista, stroma część pociągała mnie bardziej niż łagodne zbocza polskiej strony. 

Droga powrotna do Doliny Chochołowskiej wiedzie szlakiem zielonym, ok 2 h kamiennymi schodami w dół….i niestety w tym punkcie walnęły mi stawy kolanowe.

Nigdy w życiu nie przeżyłam tak ostrego bólu stawów, jak w tamtej chwili. Każdy ruch doprowadził mnie do wewnętrznego krzyku. Klnęłam na te kamienne schody, doprowadzały mnie do szału.Marzyłam by się znaleźć w schronisku i wyprostować nogę. 

Moje ciało niestety chciało pokazać mi swój sprzeciw. 

W nocy po prostu padłam. Dostałam gorączki, dreszczy, bólu głowy, mdłości. Dolegliwości żołądkowe nie dawały zasnąć. W pokoju pełnym ludzi, poczułam się jeszcze gorzej. Jeszcze bardziej niekomfortowo. Noc spędziłam w zasadzie w łazience, z zimnym ręcznikiem na karku. Następnie imprezę przeniosłam na schody w korytarzu. Tak męczyłam się całą noc, aż do momentu gdy turyści zaczęli się szykować na szlaki. Zaskakuje mnie tylko jedno, ludzie, widzący osobę, która słania się z nóg, ledwo żywa, nie zapytały się chociaż ” wszystko okej? „. Patrzyli na mnie jak na ufo, to wszystko. Gdybym umarła w tej łazience, nikt by nawet o tym nie wiedział. Perspektywa tego, że jestem praktycznie sama w środku gór, w dość nie napawała mnie optymizmem. 

Kiedy już położyłam się do łóżka o 7 nad ranem, nie byłam w stanie z niego zejść. Miałam uczucie, że mięśnie opuściły moje ciało i wyszły na szlak gdzieś same. Mdłości trzymały przez dwa dni, nie wiedziałam, czy uda mi się z wielkim plecakiem zejść z polany na dół, następnie jechać w takim stanie autobusem oraz prawie 9 godzin pociągiem. Na samą myśl byłam w stanie wpaść w panikę. Była to dla mnie sytuacja męcząca nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Nie mogłam sobie pozwolić by wyjść z moimi kompanami dalej na szlak. Koniec końców zostałam sama w schronisku.

2 dni udręki, męczarni i niepokoju. Myślałam, że umrę spędzając tam kolejną noc. Nie chciałam niepokoić ludzi, więc nie dawałam po sobie poznać jak bardzo źle się czuję. W środku niestety było inaczej. Nie mogłam się w pełni cieszyć z tego, że jestem w górach. Swoich wymarzonych Tatrach. 

Powrót pociągiem w przedziale 8 osobowych, z januszami, którzy po ściągnięciu butów, mogliby zabić dinozaura. Pozdrawiam mężczyznę, który bardziej przypominał karykaturę niż człowieka, że nie pozwolił mi otworzyć okna, zamknął drzwi i kazał wszystkim dusić się w smrodzie jego papierosów oraz zgniłych skarpet januszy. Jechałam ściśnięta jak szprotka w moich konserwach, mówiąca do siebie ” nie puścisz pawia, oddychaj głęboko, oddychaj”. 9 godzin gadaniny do siebie, stresu, braku snu. Marzyłam o tym, by ktoś wystrzelił mnie rakietą do domu.

Przez ostatnie 2 dni w górach, w sytuacji która mnie spotkała 2 raz w mojej karierze, zaczynam się zastanawiać- co jest?

Pierwszy raz, ostre zatrucie pokarmowe w Beskidzie Żywieckim, teraz z kolei w Tatrach, na które tyle czekałam.

Ogarnia mnie zmartwienie, że zrażę się do wyjazdów. Że powstaje mała bariera przed podróżowaniem, którą na dzień dzisiejszy ciężko będzie mi przebić. Najbardziej przeraża mnie jazda pociągami/ autobusami. Świadomość tego, że ponownie mnie zemdli w przedziale, lub że ponownie nikt mi nie pomoże w górach, gdy dojdzie do podobnej sytuacji. Nie wiem, czy padłam z choroby, czy z przemęczenia. W tej chwili już się tego nie dowiem. 

Kocham góry, kocham podróże, jest to moja pasja, jestem w stanie dużo poświęcić by realizować swoje marzenia. Jednak nikomu nie życzę, by w środku gór, czy podczas podróży przechodzić taką męczarnię. 

Popsuło to mój wyjazd, a w tej chwili mam mały uraz, gdyż Tatry kojarzą mi się ze schroniskiem, brakiem komfortu, niepokojem oraz…mdłościami. 



Mam nadzieję, że Wy macie lepsze doświadczenia, niż ja w ostatnim tygodniu.

M.K

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *