Uncategorized

Zawratowy zawrót głowy !

Kolejny wyjazd- kolejne przygody. To jest niesamowite uczucie, gdy człowiek jest świadomy, że w trakcie swojej podróży poddaje się różnym testom.Nasz charakter, głównie od niego wszystko zależy. Żaden wyjazd w mojej „karierze” mnie tak nie przestraszył jak ten. Biorąc pod uwagę ilość odwiedzonych miejsc oraz skalę trudności- był to jeden z najlepszych tripów jakie kiedykolwiek odbyłam. Jak wcześniej wspominałam, niższe góry zaczynają mnie nużyć. Wszystko od momentu gdy wyjechałam w Tatry. Dlatego czerwiec padł na ten obszar, jakby inaczej.  Jechałam wystraszona,z myślami ” czy koniec czerwca = dzikie tłumy”?  Owszem, tłumy jak zwykle odwiedziły stolicę Tatr, jednak na aż tak  dużą ilość turystów  nie można było narzekać. 

Niestety plany nie mogły być zrealizowane od A-Z . Problemem już na początku stał się dojazd. Wariowałam by być w Zakopcu jak najwcześniej, by uniknąć przepychanek. Tym bardziej, że pierwszego dnia chciałyśmy zejść Ze Szpiglastowego(2172 m n.p.m.)do Morskiego Oka. Już na wstępie, siedziałyśmy w autokarze z Krakowa ponad godzinę dłużej. W Zakopcu wylądowałyśmy dopiero koło 9:00, co było dla mnie prawie, że zabójstwem. Załadowałyśmy swoje 4 litery w busa do Palenicy i….zaczęłyśmy swój 15 godzinny koszmarek 😀

Jak każdy zapewne wie, wycieczkę rozpoczyna się przy wielkim parkingu i przystanku busów na Palenicy Białczańskiej, który w sezonie zamienia się w istne mrowisko. Setki turystów ruszają, by zobaczyć nasłynniejsze miejsce w Tatrach- Morskie Oko. Jeżeli naprawdę chcecie znaleźć miejsce dla samochodu, wbijajcie jak najwcześniej się da. Do Wodogrzmotów Mickiewicza wiedzie droga asfaltowa, co zapewne irytuje większość górołazów. Po całej wędrówce to właśnie na tym odcinku miałam ochotę podłożyć bombę. Ale tak jak wspomniałam, w świetnych humorach babski oddział idzie w las- szlak zielony jest nasz! Po drodze milion przystanków na kabanosiczki, bułeczki, batoniczki. Jakie to piękne, że w górach nie obowiązuje dieta niskokaloryczna. Nie wyobrażam sobie takich wędrówek bez kabanochów i solidnych kanapek. Rozwalone na ogromnych głazach baby, łapią promienie słońca, po czym rozleniwione ruszają w kierunku Siklawy. Dolina Roztoki jest przepiękna, zdecydowanie piękniejsza niż przereklamowana Dolina Chochołowska. Wodospad Siklawy jest piękną nagrodą za przebycie niezbyt wygodnego, kamiennego szlaku.  Siklawa nigdy nie była moim celem, jednak zadałam sobie pytanie „czemu dopiero teraz tu jestem”?  Jedynym minusem są oczywiście turyści. Otaczająca Cię szarańcza z selfie-stickami, aparatami, telefonami. Psują Twoje zdjęcia na każdym kroku zaglądając w kadr. Kolejka, która czeka by zrobić sobie zdjęcie na głazie, bo wszyscy tak robią. Ciężko znaleźć sobie oryginalne miejsce. Musiałabym chyba wskoczyć do wody i odpłynąć na kilometr by chociaż spróbować wykonać fajne ujęcie bez żadnej nogi, ręki, czapki, kija turystów. 

Siklawa

Kilka minut w górę Siklawy i mamy kolejny charakterystyczny krajobraz w Dolinie 5 Stawów. I tutaj babski oddział podjął bardzo złą decyzję. Ja jako organizator wycieczek, powinnam wiedzieć gdzie prowadzę ludzi, biorąc pod uwagę ich umiejętności i doświadczenie. W Dolinie byłyśmy dość późno, stąd pomysł wspinania się na Szpiglas odszedł w niepamięć. Obrałyśmy zatem kierunek —-> Zawrat—> Hala Gąsienicowa. Czytając wszelakie przewodniki, studiując mapy Tatr dzień w dzień, totalnie zapomniałam o pewnym istotnym fakcie. Na Zawrat prowadzą łańcuchy. Drogę na Zawrat przeszłyśmy z wyjątkowo dobrymi humorami. Rozkładałyśmy się na trawie, podziwiając cudowne widoki, odpoczywałyśmy wsłuchując się w ciszę jaką wtedy zaoferowała Dolina 5 Stawów. Błogi stan trwał długo, nigdzie się nie śpieszyłyśmy. Wystartowałysmy zatem na Zawrat, wchodząc kaminnymi schodami i osiągając wysokość w ekstremalnym tempie. Po drodze minęłyśmy raptem kilku górołazów, co bylo oczywiście pozytywnym szokiem. Całe szczęśliwe dotarły na szerokie siodło Przełęczy Zawrat. Widniejące w oddali najwyższe tatrzańskie szczyty miałyśmy podane na tacy.  Wtedy z drugiej strony ujrzałyśmy halę Gąsienicową, widok zmiękczył serce. Pomyślałam” jeszcze trochę i  odpoczniemy w schronisku”. Nic z tego, widok pierwszego łańcucha wprowdził mnie w osłupienie. Podjęłam decyzję- próbujemy, najwyżej się cofniemy.  Nałożyłam zatem rękawice  i zaczęłam schodzić w dół. Pierwsza mocna ekspozycja i świat mi zawirował przed oczami. Już na wstępie pół godziny straciłyśmy pół godziny nad debatą ” jak się dobrze ułożyć na skale by zejść bez szwanku”. Co chwyciłam łańcuch, było mi niewygodnie a przepaść wirowała dookoła.  Za nami NA SZCZĘŚCIE pojawił się starszy facet. Widząc nas, męczące się, schodzące w tempie ślimaczym, zaproponował pomoc. Pomógł nam z dwoma kiepskimi dla nas odcinkami, po czym życzył powodzenia i prawie zbiegł na dół. Zapytałam się tego mężczyzny, czy w dalszych odcinkach są mocne ekspozycje, jeżeli tak to się cofniemy by nie ryzykować. Pan spojrzał na nas, podśmiechując się chciał powiedzieć, że będzie gorzej, jednak skwitował to słowami ” uznajcie sobie, że najgorsze za Wami”. Zatem zaczęłyśmy schodzić dalej. Im niżej tym gorzej. W pewnym momencie przykleiłam się do łańcucha, popatrzyłam w dół i miałam ochotę zemdleć. W tym momencie nie mogłam myśleć o niczym. Sparaliżował mnie strach, chociaż nie chciałam tego aż tak bardzo ukazywać. Bałam się o siebie i o dziewczyny, które w porównaniu do mnie nie miały doświadczenia. Przepuściłam przyjaciółkę przed siebie, która miała ocenić jak wygląda szlak i ekspozycja w dole. Gdy zobaczyłam jej twarz, zrozumiałam natychmiast —>odwrót.  Chciałam jak najszybciej zniknąć z tego miejsca. Klnęłam w głowie na te góry i na samą siebie, co mi odwaliło, że chodzę po tych głazach. Hasło odwrót spowodował, że ponownie na Zawracie znalazłyśmy się w 10 minut. Wszyskie byłyśmy wystraszone. Moja przyjaciółka uderzyła się na dodatek w głowę. Na szczęście nie stało się nic poważnego. Skończyło się na małym guzie. Dla niektórych taka sytuacja może się wydawać super śmieszna. Ojej, dziewczyny nie mogły zejść z Zawratu, ale lipa. Dla mnie jest to kolejna sytuacja, która coś mi pokazuje. W górach nie jest się po to by udowodnić coś ludziom. Jedyną osobą, której mogę cokolwiek udowadniać, jestem ja sama. Uważam, że lepiej się wycofać niż na siłę w coś brnąć co mogłoby się skończyć tragedią lub niepotrzebnym wezwaniem Toprowców. Byłam pod wrażeniem, że przebywałam z osobami, dla których hasło odwrót- znaczy odwrót. Niestety nie spodziewałam się, że pojawi się u mnie problem z przestrzenią. Myślałam, że łańcuchy to dla mnie pikuś. Okazało się inaczej. Teraz wiem, że muszę oswoić się z ekspozycją oraz ułatwieniami powoli. I jak będzie trzeba z asekuracją. Będąc na jednej półce skalnej,  nie czułam pełnej stabilności pod nogami. Czułam, że wystarczy jeden fałszywy ruch  i lecę z prędkością światła kilkadziesiąt metrów w dół, trzaskając sobie głowę, kręgosłup i kończyny. Po co zatem igrać z losem?

 Szlak na Zawrat

Po tej sytuacji nadal utrzymuje swoje stanowisko odnośnie asekuracji na szlakach ze sztucznymi ułatwieniami.Jeżeli ktoś się boi, lęka, lepiej mieć sprzęt niż nie. Skąd w środowisku górskim pojawia się taka wrzawa na ten temat? Dlaczego czytam w komentarzach, że osoba z asekuracją robi korek na szlaku, który irytuje? Zirytuje Ciebie widok lecącego niczym szmaciana lalka człowieka? A może to wtedy ja będę przed Tobą przypięta w momencie Twojego upadku. Powiem sobie wtedy ” i co cwaniaczku? Daj znać jak dolecisz na dół”. 

Pomijając już fakt wiecznie szukających dziury w całym Polaków- dotarłyśmy na przełęcz. Na nasze nieszczęscie tą samą drogą byłyśmy zmuszone zejść do Palenicy. Nie było możliwości  byśmy zatem zdążyły na ostatni autobus do Zakopca.  Gdy już odpaliłyśmy swoje czołówki zaczął się prawdziwy kryzys. Miałam wrażenie, że szlak się nie kończy. Widząc kolejną tablicę z czasem przejścia do parkingu, zaczęłąm opadać z sił.  Moja przyjaciółka na dodatek podczas zejścia z Siklawy wykręciła kostkę. Na twarzy każdej z nas było widać wyczerpanie. Im bliżej Palenicy, tym bardziej szłyśmy obijając się o siebie. Stawy odmówiły posłuszeństwa. Pierwszy raz przeszłam odcinek szlaku, praktycznie śpiąc. Musiałysmy być bardzo zmęczone, skoro w ciemności przed nami zaświeciły się  dwa punkciki, stwierdziłam, że ktoś biegnie z czołówką. Nie- to był jeleń. Żadna z nas nie zaragowała, po prostu liczyło się tylko dojście do parkingu. Prawdopodobnie gdyby wtedy wyskoczył niedzwiedź, powiedziałabym ” siema ” i poszła dalej. Mój mózg dosłownie szedł za mną. Dotarłyśmy do Palenicy po północy. Chciałysmy złapać stopa, ale sądząc po ciszy na drodze, byśmy go łapały do 6 rana. Kładąc się na asfalcie, zamówiłam w półśnie taksówkę, nie zważając na cenę ( 120 zł). I tak zasnęłyśmy na pół godziny, po czym uprzejmy taksówkarz zawiózł nasze poturbowane tyłki do kwatery w Zakopcu. 

Dolina Pięciu Stawów

Droga na Zawrat 

Pobudka na następny dzień bardziej przypominał poranek po dobrej imprezie niż po wędrówce. Kategorycznie stwierdziłam, dzisiaj robimy łatwą trasę, mało kilometrów, tak byśmy się nie przemęczyły za bardzo. Miały zrobić kilka kilometrów, wyszło jak zwykle. Czerwone Wierchy były naszym celem na drugi dzień. Po tej wędrówce, schronisko na Kondratowej( 1333 m n.p.m)  stało się chyba moim ulubionym. Bardzo żałuję, że nie znalazły się miejsca noclegowe w tym terminie. Przepyszne jedzenie, szczególnie piernik z polewą czekoladową. Miejsce bez dwóch zdań urokliwe, ciche. Ku zdziwieniu wcale nie zatłoczone. Szlak z Kondratowej na Kondracką Przełęcz(1725 m n.p.m.)troszkę wyssał z nas energię. Tym bardziej, że Ivanna szła z obolałą kostką. Im wyżej, tym coraz bardziej wietrznie. W połowie drogi musiałam się przebrać, gdyż temperatura spadła o jakieś 10 stopni. Kiedy dotarłyśmy na przełęcz i kierowałyśmy się na Kopę Kondracką ( 2005 m n.pm.) wiatr był tak silny, że spychał nas z drogi. Łatwo było stracić równowagę. Im wyżej tym gorzej. Chmury zasłoniły nam cały świat, widoczność była ograniczona do kilku metrów. Przy tak słabej widoczności nici z Czerwonych Wierchów, więc zeszłyśmy pod Giewont a następnie w stronę Kuźnic. Wiatr był tak silny, że do samych Kuźnic zmagałyśmy się z bólem głowy. Im niżej tym miałam uczucie palących się policzków, od zimna i wichury. 

Oczywiście dotarłyśmy do kwatery po 22, wymęczone, ale z uśmiechem na twarzy. W porównaniu do poprzedniego dnia poszłyśmy spać szczęśliwe a nie z wyrazem twarzy ” co ja tu w ogóle robię?

 Przełęcz Kondracka

Trzeciego dnia celem była Słowacka jaskinia Bielańska( 900 m n.pm.) Największa i najpiękniejsza z udostępnionych turystycznie jaskiń Tatr. Bogata szata naciekowa tworzy korytarze niczym z horroru, formacje jakie stworzyła tam natura przyprawia o gęsią skórkę. Prawdziwą ucztą dla zmysłów jest końcowy przystanek w Sali Koncertowej, gdzie rozpoczyna się prawdziwa gra świateł z dodatkiem głosu Enyi. Stojąc przy barierce, wsłuchując się w muzykę i w kapiącą nieopodal wodę zatonęłam w marzeniach….o tym jak nie wrócić do Poznania. Warto odwiedzić to miejsce. Tym bardziej, że jest mało oblegane i można w spokoju podziwiać wszystko co jaskinia ma do zaoferowania. Wstęp kosztuje 8 euro, dokupienie pozwolenia na użycie aparatu 10 euro. Warto.

Przejeżdżając autokarem przez słowackie rejony, byłam zchwycona milion razy bardziej niż samym Podhalem. Było widać nawet różnicę w turystach, którzy wsiadali do naszego busa. Wszyscy bardzo dobrze przygotowani, uśmiechnięci, prawdziwi Taternicy, rzec bym mogła. Trasy są zdecydowanie mniej oblegane od naszych polskich, co jeszcze bardziej mnie tam przyciągnęło. Niestety, ale na Słowację także trzeba wyruszać najlepiej pierwszym autokarem, który odjeżdza do Popradu o 6 rano. Nasz autokar na 11 niestety wydłużył swoją jazdę i miałyśmy prawie godzinne opóźnienie, co pokrzyżowało nam plany. Samo dotarcie do Jaskini zajmuje dobre pół godziny, warto brać poprawkę na planowane godziny przyjazdu autokarów. Z racji tego, że był to nasz ostatni dzień wędrówek, nie mogłyśmy sobie pozwolić na podejście nad Zielony Staw Kieżmarski, zabrakło nam czasu. 

Zamiast tego, babski oddział powędrował odpocząć do lasu nad słowacki potok. Krystalicznie czysta woda, nikogo dookoła,  wodospady i prawie, że turkusowe kolory w głębszych miejscach potoku. Któż nie chciałby się wykąpać? Polecam to każdemu, pomimo zimnej wody! Niekiedy warto zrobić coś szalonego, dopiero wtedy człowiek wie, że żyje. Cóż może być piękniejszego niż wkoczyć w przysłowiowych ” gaciach” to słowackiego potoku !

 Zadni Staw Polski

 Upragniony Zawracik

 Szlak na Kozi Wierch 

 W drodze na Zawrat z Doliny 5 Stawów

 Polana przy Hotelu Kalatówki

 Tatrzański las

 Schronisko na Kondratowej

Droga na Kopę Kondracką przez Przełęcz

Ze smutkiem na twarzy pożegnałam się z wodą, by wrócić na przystanek autokarowy.

Jednak nasza wędrówka tatrzańska nie mogła się skończyć bez kolejnych przygód. Ktoś z góry musi mnie bacznie obserwować, skoro lubi mi rzucać kłody pod nogi. Tym razem rzucił kłody pod…autokar, który nie przyjechał. Jak się tu nie zdenerwować skoro trzeba zdążyć na pociąg do Poznania?

Słowacki potok 

Mój pierwszy raz- jazda na stopa. Kiedyś myślałam, że nigdy w życiu. Musiałam się znaleźć w sytuacji bez wyjścia, żeby się przekonać o takiego sposobu podróżowania. Pierwsze wystawienie palucha na szosie bylo dla mnie upokarzające, sama nie wiem dlaczego. Ludzie z aut patrzyli się jak na nas jakby nam ptaki narobiły na głowę. Jednak byłam już zdesperowana. Perspektywa powrotu do domu z setką przesiadek w Polsce mnie zmotywowała na tyle, że niemal zatrzymywałam auta na środku jezdni z okrzykiem STÓJ!

Znalazło się parę dobrych ludków, którzy nas podwozili po 5 km do celu. Lepsze to niż nic. Może nawet się przekonałam, że ludzie nie są wcale tacy straszni? Są tacy, którzy mają serce i podwożą innych pod sam dworzec, chociaż im nie po drodze. Gdybym tylko miała czekoladę, dałabym mu w prezencie…niestety miałam tylko jednego kabanosa. 

Chyba kamień spadł mi z serca, że pierwszą jazdę stopem miałam za sobą. Jakby nie patrzeć to  kolejny sposób podróżowania . Póki co nadal zostaje przy pkp. 

Przełęcz pod Kopą Kondracką( 1725 m n.p.m)

Może i podczas tego wyjazdu nie zdobyłam upragnionych szczytów. Jednak na pewno zdobyłam coś więcej – doświadczenie. Kolejne sytuacje, które pokazały mi jaka jestem i jak potrafię odnaleźć się w kiepskich sytuacjach. Nie ukrywam, że paraliż przestrzenny na Zawracie bardzo mnie zmartwił. Pomyślałam sobie wtedy, że być może nigdy nie będę mogła uprawiać wspinaczki skałkowej i wspinać się na cięższe technicznie szczyty. Wystraszyłam się, chociaż nigdy siebie o to nie podejrzewałam. Teraz czas zmierzyć się z tą sytuacją i przygotować swoją psychikę na przełamanie kolejnych barier. W tym jestem akurat dobra, w końcu żadna bariera jeszcze nie była w stanie mnie zatrzymać. Zawrat również tego nie zrobi.

 Kopa Kondracka ( 2005 m n.p.m)

Dolina Pięciu Stawów 

Zatem do zobaczenia w następnym miesiącu ! 

A za 2 tygodnie widzimy się w Adrspachu!

M.K

Adršpach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *