Uncategorized

Z głową do góry…i w góry przez 2017 rok! 

Nigdy nie bywałam w górach tak często jak w tym roku. Nigdy nie byłam bliżej nich. Mając je na wyciągnięcie ręki można dużo obserwować. Pogoda jest kapryśna, halny daje się we znaki.

Wracając do okresu gdzie jeszcze pracowałam w Poznaniu, wracam do nawet miłych wspomnień. Chociaż moje życie wtedy składało się głównie z planowania, życia od wyjazdu do wyjazdu. Powiem szczerze, że  bardzo mi tego brakuje. Te przerażające dla mnie podróże pociągami stały się dla mnie czymś za czym…. po prostu tęsknie. To wieczne siedzenie w przedziałach dawało mi poczucie  podążania gdzieś. Wchodzenie na dworzec z wielkim plecakiem, wychodzenie z niego z opuchniętymi oczami. Połamana, niewyspana, ale szczęśliwa.

Oczywiście jestem zadowolona, że Tatry witam z każdym dniem za oknem. Im dłużej siedzę w Zakopanem, tym bardziej doceniam to, co te wszystkie podróże mi dały.  Bliżej gór być już nie mogę. Ewentualnie gdybym podjęła pracę w schronisku, jednak po dłuższym namyśle stwierdziłam, że to już zbyt blisko. Świadomość braku możliwości zejścia do miasta w każdej chwili, mocno ogranicza. Z jednej strony mogłaby to być świetna przygoda, z drugiej mała pułapka. To co zobaczyłam w okresie świąteczno-sylwestrowym, wbiło mnie w ziemię. Miałam trochę inne wyobrażenie na temat Zakopanego. Żal mi tego miasta. Myślałam, że poczuję ten specyficzny- górski klimat podczas świąt. Nic z tego. Całe tłumy cepów, buraków zaburzyły moją wizję. Piękne góralskie miasteczko zamieniło się w istne zoo. Coś takiego widziałam tylko w….Mielnie. Wystawione głośniki z disco polo przed karczmami, przedstawiające zupełnie niepasujący klimat. Kolejki w marketach. Pochodzę z Poznania, ale w tak wielkim mieście nie widziałam takich tłumów zdziczałych orangutanów. Stałam w najdłuższej kolejce do kasy w życiu. Na tle ludzi, którzy robili zakupy świąteczne jakby świat miał się skończyć, wyglądałam jak sierota- stojąc z dwiema bułkami.Czułam na karku oddech zdenerwowanych Januszy. Za mną tylko słyszałam ” Pani tu nie stała”, „posuń się !”, „i co się wpychasz? Chcesz to załatwić na zewnątrz?”. O sylwestrze w Zakopanem nie wspomnę. Spędzając czas na dole tylko bym się tam zadusiła albo wjechała w czyjeś wymiociny.

Ale pomijając już fakt oklepanego Zakopca. Co mi przyniósł 2017 rok? Przede wszystkim pchnął mnie do zmian. Wielkich oraz mniejszych. Czy są to zmiany na lepsze, czy gorsze- czas pokaże. Z początku wiele rzeczy wyobrażałam sobie inaczej. W praktyce nie wszystko pokrywa się z naszymi wizjami. Póki co badam teren, oraz analizuje potencjalne możliwości na dalsze zmiany.

Rok temu pisałam, że 2017 to będzie górska petarda. I rzeczywiście tak było. Wyjazdów było sporo, przygód podczas nich jeszcze więcej. Wycieczkę na Zawrat w lecie zapamiętam na długo,gdyż dawno serce mi tak wysoko nie podjechało. Zimowe podejście na tą przełęcz też będę dobrze wspominać. Podróż stopem ze Słowacji, czołganie się w jaskiniach, kąpanie w słowackich potokach, spanie w schroniskach, zatopienie aparatu w Rudawach. Mogę powiedzieć śmiało, że mój rok zakończył się bardzo dobrze, tak jak i dobrze się rozpoczął. Bo czego można chcieć więcej gdy spędza się Sylwestra na górze? W takich momentach, dochodzą do mnie różne fakty, że jestem w miejscu do którego zbierałam się 3 razy. Za każdym razem rezygnowałam z wątpliwości i…strachu. Miałam ogromne wyrzuty sumienia, jednak dałam sobie szansę na dotknięcie czegoś co chodziło za mną od dwóch lat. Jedyne z czym ciężko sobie radzę będąc w tym miejscu jest… pogoda. Zaskoczyła mnie w górach nie raz, nie dwa. Jednak ten rejon słynie z halnego, który naprawdę potrafi dać w kość. Nie zapomnę na długo momentu podejścia na Giewont, kiedy pogoda zmieniła się jak w kalejdoskopie. Przygotowując plan trasy pod prognozę pogody, nie wzięłam pod uwagę, że pogorszenie może nastąpić ciut szybciej. Uważam to za swój mały błąd, który w innych okolicznościach mógłby się zakończyć niekorzystnie. Pierwszy raz, będąc w górach- zwątpiłam. Ta wędrówka była bardzo wyczerpująca dla mnie, z racji tego, że pracując w systemie nocnym, nie jestem w stanie wypocząć przed wycieczką na tyle ile bym chciała. Na Giewont wchodziłam lekko zirytowana, zmęczona, do tego denerwowało mnie brodzenie w śniegu. Jednak,gdy chmury odkryły kopułę Giewontu, w świetle słońca, śpiący rycerz przemówił ” wejdź na mnie „!  W ciągu kilkunastu minut, pogoda zaczęła się znacznie pogarszać, widoczność stawała się bardzo ograniczona. Im wyżej wchodziłam, tym chusta, która okrywała mi twarz, robiła się coraz bardziej zmrożona. Gogle dosłownie zamarzły razem z moimi rzęsami. Podmuchy wiatru, śnieżyca powodowały uczucie zamarzania twarzy. Uczucie jakby ktoś wbijał mi szpilki w policzki. Rozsądną decyzją była rezygnacja z wejścia na szczyt. Jednak przy schodzeniu wiatr przybrał na sile. Popychał mnie we wszystkie strony, aż straciłam równowagę i upadłam. Lód na rzęsach spowodował, że nie mogłam otworzyć oczu, a ból policzków stał się nie do zniesienia. Przez zmarznięte gogle niczego nie widziałam. Usiadłam w miejscu na dosłownie kilkanaście sekund, by zauważyć w jak szybkim tempie zasypuje mnie śnieg.Nie mogłam wstać, straciłam z oczu swojego partnera. Pamiętam doskonale to uczucie ciepła jakie mnie przeszyło. Tak, to było uczucie strachu. Strach, że nie zejdę, że utknęłam. Jednak byłam tam z odpowiednią osobą, która mnie asekurowała i zmotywowała, by  nie spanikować. Schodząc do Kondratowej, kamień spadł mi z serca, że jestem na dole. Jednak to nie był koniec przygody. Kiedy zeszliśmy jako ostatni do schroniska, huragan przybrał na sile. Zostaliśmy sami z właścicielką w środku. Ta dobra kobieta, powiedziała, że nas w życiu nie wypuści byśmy zeszli do Zakopanego. Przygotowała nam pościele, udostępniła łóżko, jedzenie. Nie byliśmy przygotowani na spędzenie nocy, stąd brak śpiworu czy karimat. Nieopodal schroniska, wichura przewróciła drzewo i tak zostaliśmy bez prądu. Siedzieliśmy przy starym piecu, wsłuchując się w komunikaty Toprowców, które nadawali przez krótkofalówki. Było to niesamowite doświadczenie i jeszcze większy szacunek dla tych ludzi !  To był jeden z najpiękniejszych wieczorów w moim życiu. Niesamowite doświadczenie. Przed wyjściem ze schroniska pytałam się ile kosztuje doba, ponieważ marzyło mi się spędzić tam noc. Teraz spędzałam tą noc, bez prądu, przy konserwach, z kotem i wspaniałą dwójką ludzi u boku. Przez tą sytuację zawsze będę miała sentyment do tego miejsca.

Z każdym rokiem przeżywamy coś nowego. Przeżywamy wzloty i upadki. U mnie upadków było już sporo, nie tylko po śniegu. Im więcej obity tyłek, tym więcej doświadczenia. Cały czas poznaję swój umysł oraz swoje ciało. Z każdym wyjściem w góry, doznaję czegoś nowego. Jest to moja pasja, która napędza mnie do życia oraz do dalszego wprowadzania zmian na lepsze. Im dłużej jestem z dala od domu, tym bardziej widzę, jakich ludzi mam dookoła siebie. Ile miłości otrzymuję od tych ludzi, pomimo, że nie siedzą obok mnie. Coraz bardziej dochodzi do mnie, jak potężny jest umysł człowieka. Ile zależy od nas samych. Wszelkie bariery są tylko wytworem naszej wyobraźni i tylko my możemy z tym walczyć i je przełamywać. Nie zawsze mi się to udaje, jednak staram się nie poddawać, nawet w tych najcięższych chwilach.

Jestem pewna, że kiedyś uda mi się dojść do celu jakim jest zostanie przewodnikiem górskim. Ta droga nie będzie usłana różami. Może 2018 rok nie przyniesie mi tego od razu. Jednak nawet gdyby miało to nastąpić w  2050 roku, to poczekam. Mam nadzieję, że rok 2018 przeżyje nadal z tymi samymi, wspaniałymi ludźmi, którzy nieustannie mnie znoszą oraz wspierają. Każdemu życzę takich ludzi jakich mam ja- bo to prawdziwy skarb. Mogłabym zarabiać nawet i połowę mniej, byle zostały ze mną góry i … ONI.

 

DZIĘKUJĘ!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *