Trekking, góry,  Via Ferrata

Via Ferraty, czyli pierwsza włoska przygoda !

Via ferraty już od dłuższego czasu chodziły mi po głowie.   Jednak do tej pory nie było okazji aby takie marzenie zrealizować. Brakowało albo czasu albo pieniędzy, przede wszystkim na drogi  sprzęt.  O żelaznych drogach  słyszałam mało, doświadczenia w takiej wspinaczce nie miałam wcale. Jednak raz się żyje. Postanowiliśmy, że  celem będą Dolomity i tak też powstał mały plan na via ferratową przygodę we Włoszech.

Ferrata Del Colodri – Arco

Cel—-> Dolomity oraz Jezioro Garda

Ilość dni—> 10

Założony budżet —->  1500 max. ( wydaliśmy o wiele mniej)

Myślałam, że zaplanowanie 10 dni w Dolomitach będzie troszkę prostsze. Jednak pierwszy raz miałam styczność z Dolomitami i byłam w szoku, że są one rozsiane na tak ogromnym obszarze. Jak tu z takiego wachlarza map, przewodników po najróżniejszych rejonach wybrać odpowiednie ferraty dla początkujących? Otóż to. Mnóstwo propozycji,  map ,wycen, topografii ferrat, w każdym rejonie inna pogoda. Ciężko nam było określić dokładny cel podróży. Postanowiliśmy wystartować najpierw na kilka dni do Arco a następnie uzależnić resztę wycieczki od pogody.  Sama chyba nie wierzyłam, że uda mi się tam pojechać. Spakowaliśmy namiot, sprzęt i ruszyliśmy w świat !

Rejony Cinque Torri

Jechaliśmy bez wcześniejszej rezerwacji miejsca na polu namiotowym. W najgorszym wypadku mieliśmy opcję spania na dziko. Wyjazd miał być nisko budżetowy.  Trafiliśmy na Camping Zoo  w Arco. Dziwiła mnie nazwa Zoo. Otóż na terenie campingu wypuszczano zwierzaki, które chadzały sobie obok namiotów i witały campingowców. Kozy, barany to codzienny widok. Bardzo przyjemne miejsce na nocleg, z czystym zapleczem sanitarnym, odgrodzonymi polami, basenem pod skałami. Widok i atmosfera bardzo pozytywna, ceny nie najniższe, ale przystępne. W samym Arco, czyli azylu dla wspinaczy nie można się nudzić. Naszym pierwszym celem była Ferrata Sentiero Del Colodri w Arco.  Jak na początek krótko i idealnie. Pierwsza styczność z żelazną drogą wcale nie była taka ciężka jak myślałam, ze względu na przyjazne szerokie półki skalne i dobre  chwyty. Widok ze szczytu, choć nie wysokiego robi wrażenie. Jak na pierwsze godziny z ferratą, byłam zachwycona. Jak już wzięliśmy na ruszt jedną drogę, pojechaliśmy na jedną z piękniejszych widokowo ferrat nad Gardą.

IMG_20190622_120932.jpg

Miejscówka w Campingu Zoo
Fragmenty Ferraty Del Colodri

Ferrata Susatti a Cima Capi.  Ciut trudniejsza, wyższa z dość wyczerpującym podejściem pod samą ferratę. Kilka momentów trudniejszych daje przedsmak tego co czeka nas na ciut cięższych drogach .  Trasa piękna, panorama na całe Jezioro Gardę. Chwilami przepaściście, ale nie na tyle by nie móc przejść całej trasy.  W Arco spędziliśmy 4 dni z czego podjechaliśmy na jeszcze jedną ferratę na koniec w pobliżu Arco. Ferrata Rio Sallagoni ,prowadząca kanionem. Trawersujemy wąwóz, omijając przepiękne wodospady.  Droga wyprowadza nas w bajkowy świat egzotyki niemalże. Od wodospadu do wodospadu. Wszystko wśród paproci i dzikich pnączy.  Uśmiech z twarzy nie schodził.

Ferrata Susatti nad Jeziorem Garda

Cima Capi

Fragmenty Ferraty Sallagoni

Zgodnie z początkowym założeniem, że dopasujemy rejon w który uderzymy do pogody, tak też zrobiliśmy.  Wybraliśmy kierunek Cortina D’Ampezzo.  Dano nam wcześniej namiar na dobry i przystępny camping Olympia niedaleko, znajdujący się przed wjazdem do Cortiny. Pole namiotowe z widokiem na masywy Sorapiss’a oraz wyjściem nad turkusową, polodowcową rzekę. Czego chcieć więcej? Byliśmy w swoim małym raju.  Zaczęliśmy przyjazd od krótkiego trekkingu nad jezioro Ghedina. Nie mieliśmy za dużo czasu po przyjeździe a na następne dni mieliśmy zaplanowane bardziej wymagające ferraty.  Dolomity przytłaczały lekko swoją ilością masywów. Dopiero tam zobaczyłam jakie polskie górki są małe. To kropelka w oceanie. A to tylko był mały skrawek włoskich piękności.  Podejścia na ferraty są dłuższe niż w Arco, co w ponad 33-stopniowym upale może wykończyć już na wstępie. Miałam problemy z podejściami, nie ukrywam.

Widok z Campingu Olympia w Cortinie

Fragment Ferraty st. Barbary
Obok Cinque Torri

Najbardziej w ferratach przeraziło mnie schodzenie z nich. Jednak brak doświadczenia wyszedł w próbach przejścia ferrat w Dolomitach. Zdarzyło mi się spanikować. Wejście nie przeraża mnie aż tak bardzo jak zejście. Brak zaufania do lonży to druga para kaloszy. Lonża dynda w jedną i drugą stronę. Nie jest to taki sam „blok” jak na ściance wspinaczkowej. Miałam wrażenie, że nic mnie tam nie asekuruje. Przestrzeń jest przytłaczająca, wierzę, że osoby z lękami mogą mieć tam spore problemy. Najpiękniejszym miejscem w rejonie Cortiny była Ferrata st. Barbary, która prowadzi drogą za wodospadami. Piękne ferraty prowadzące kanionami, wąwozami. Byłam zachwycona. Dotychczas była to najwspanialsza trasa jaką kiedykolwiek widziałam. Świetnie odnalazłam się w takim klimacie. Co prawda wyszliśmy przemoczeni do suchej nitki, jednak było warto. W takich upałach to czysta przyjemność „oberwać” z wodospadów.

Nie owijając w bawełnę. Podczas 10 dniowego pobytu udało nam się zrobić naprawdę sporo. Można było zrobić i więcej, ale zabrakło już sił i czasu. Spanie pod namiotem, jadanie obiadów ze słoików nie było takie straszne jakie się może wydawać. Brakowało nam co prawda kilku rzeczy do podniesienia naszych standardów, ale jak na pierwsze biwakowanie taką przygodę uważam za wspaniałą.  Niesamowite doświadczenie, emocje. Nie obyło się bez zjazdu psychicznego. Na ostatniej ferracie Averrau byłam  bardzo  wystraszona zejściem.  Gdy się wycofałąm, irytacja faktem, że nie dałam sobie rady wyprowadziła mnie z równowagi. Pierwszy raz zdjęłam plecak oraz cały sprzęt i walnęłam nimi o ziemię klnąc pod nosem.  Niekiedy ciężko mi znieść fakt, że nie jestem w stanie czegoś zrobić. Podobno odpuszczanie to także sztuka. Ja póki co muszę się jeszcze w to wprawić by sprawiało mi to mniej stresu a więcej przyjemności.

 

Cinque Torri

Ferrata Bovero

Ferrata St.Barbary

Nie mniej jednak. Pobyt w Dolomitach napędził nas do dalszego planowania. Jestem totalnie zachwycona tymi cudami. Pomimo, że strach zajrzał mi kilka razy w oczy na ferratach, to nie mogę się już doczekać aż pojadę na ferraty do Czech. Trenować trzeba do następnego wyjazdu w wyższe góry !

A mojemu kochanemu Norbercikowi dziękuję za jego cierpliwość i umiejętność znoszenia moich ” zjazdów „. I ogólnie za to, że jesteś !

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *