Góry,  Podróże,  sport,  Trekking, góry

W drodze na Polski Grzebień.

I ponownie jesteśmy po słowackiej stronie. Coraz więcej szlaków po drugiej stronie zostaje przez nas odwiedzonych. Kolejna wycieczka i kolejny raz się utwierdzam w przekonaniu, że Tatry Słowackie są dla tych z dobrą kondychą !

Opis Trasy —–> Tatrzańska Polianka–> Śląski Dom–> Polski Grzebień(2200 m n.p.m)–> Tatrzańska Polianka.

Jedna z cięższych wyryp. Dlaczego? W 12 godzinnym systemie pracy, gdy chce się wziąć kilka dni na wyjazd, trzeba się trochę nagimnastykować. Po 22 wyruszamy na Słowację. O spaniu w samochodzie mogę pomarzyć. Jestem z tych co mają problemy ze snem. Samochód niestety nie sprzyja temu problemowi. Tak więc wędrówka zaczęła się bez wypoczynku i ani minuty snu. Nie muszę zaznaczać, że organizm już był wyczerpany, co spowodowało spadek motywacji i j chęci żeby gnać 15 kilometrów przed siebie. No, ale w końcu to moje góry. Sama zainicjowałam wyjazd, więc nie mogę siedzieć na dole i patrzeć w gwiazdy. Chociaż tamtego dnia to by się akurat przydało.

Zatem kierunek Śląski Dom. Zaczynamy wyrypę od szlaku zielonego. Już od pierwszego kroku osiągamy wysokość. Sapanko już po 5 minutach, zapowiada się soczyście. 15 minut kroczenia po kamiennej dróżce i decydujemy się na podejście do schroniska asfaltówką. Wznosi się łagodnie, a ja wolę oszczędzać siły na podejście od schroniska niż tracić 80 % energii na 2- godzinne podejście po kamlotach do Śląskiego.

Asfaltówka słowacka , widać nie taka sama jak w Polsce. Po drodze nie mijamy żywej duszy. Raptem kilka samochodów dostawczych, które zjeżdżały na dół. Żyć nie umierać. Porównując to do drugiej strony- czy to nadal te same góry !? Dość szybkim tempem dochodzimy do rozwidlenia szlaków -zielonego/ żółtego. Śmiało możecie wejść na żółty i odbić na asfalt, który prosto prowadzi do schroniska. Droga zielona jest znacznie bardziej wyczerpująca. Czasowo jednak zielony szlak jest krótszy.

Docieramy do Śląskiego Domu(1665 m n.p.m). Słowo schronisko jest raczej nieadekwatne to rzeczywistości. Jest to obiekt bardziej podobny do hotelu. W środku luksus, krótko mówiąc. Aż głupio usiąść na tych małych, czystych pufach. Nie wiadomo czy można wypić własną herbę czy należy zakupić w luksusowym barze? Cholera go wie, za bardzo się tym nie przejmowaliśmy. Jak dla mnie dziwny obiekt. Żeby jeszcze była tam spora sieć szlaków, które prowadzą na ciekawe szczyty. A tam prócz Polskiego Grzebienia i Małej Wysokiej….nic nie ma. Schroniska po słowackiej stronie są dość dziwnie usytuowane jak dla mnie. Wędrowanie od schroniska do schroniska myślę, że po naszej stronie jest odrobinę wygodniejsze.

No dobra ! Sen zaczyna dopadać moje powieki, ale czas na nas. Biorę te swoje kije dla inwalidki i ruszamy dalej. Od Śląskiego na Małą Wysoką, mapa wskazuje na ok 3 godziny drogi. Biorąc pod uwagę moje niewyspanie to mogły być 3 godziny drogi do piekła. Batony, czekolada, izotoniki poszły w ruch. Kierujemy się na wodospad Wielicki. Co jak co, ale na Słowacji każdy wodospad wygląda tak samo. Może i Siklawa jest mocno oblężona, ale za to dość wyjątkowa. Tutaj mijamy wodospad bez żadnego zainteresowania. Zaczynamy osiągać wysokość. Kamiennymi schodami wzbijamy się do góry. Wchodzimy nad wodospad mijając obite drogi wspinaczkowe. Znaczne przewieszenia trochę mnie przerażają. Nie wiem ile czasu bym musiała trenować żeby się tam kiedyś wbić. I to bez darcia papy na całe Tatry. Od wodospadu do samego Grzebienia idziemy calutki czas kamiennymi stopniami. Niestety pierwszy dzień naszej wędrówki i trafiamy….. na wichurę. Tak jak na dole lekko powiewało tak nad wodospadem walnęło mi wiatrem „prosto w twarz”. No jak tak można? Kurtki, kaptury idą w ruch. Oczy zaczynają mi łzawić. Dochodzimy do doliny Wielickiej. Liczyłam na to, że zobaczę Gerlacha z bliska, a tu mleko. Przykryło i Polski Grzebień i Małą Wysoką i wszystko dookoła. Do tego wiatr zaczynał przybierać na sile. Walił z takim impetem, że wciskał mnie w skalne ściany. Nie jestem kościotrupem tylko zdrową kobietą, a mimo wszystko z równowagą było ciężko.

No i dalej kamienne schody. Im bliżej Grzebienia tym ja jestem coraz bardziej osadzona na kijach. Każdy jeden krok mówił do mnie ” połóż się lepiej i przekimaj pół godziny”. Wiatr wymagał ode mnie większej siły żeby utrzymać równowagę co jeszcze bardziej nas męczyło przy podejściu. Pogoda naprawdę nie zachęcała do dalszej wędrówki. Przynajmniej mnie. Ani niczego nie widać. Wejść byle wejść? Jakoś to do mnie nie przemawiało. Decydujemy jednogłośnie, że wchodzimy na Grzebień, ale Wysoką odpuszczamy. Wiatr coraz silniejszy, coraz zimniej i brzydziej. Zaczynam iść coraz wolniej a każdy krok to dla mnie koszmar. Zaczyna mi burczeć w brzuchu, robię się drażliwa. Wiatr rzuca mnie na lewo i prawo, oczy zaczynają mi się zamykać ze zmęczenia. W oddali słyszę motywacyjne zdania mojego Norberta, że do przełęczy zostało jeszcze 15 minut, że dam sobie radę. Ale już samo uniesienie głowy do góry sprawiało mi problem. Zbliżyliśmy się do łańcuchów i klamer. Z racji tego, że pogoda była naprawdę słaba to i żelastwo mokre i śliskie. Spojrzałam na pierwszą klamrę, dotknęłam jej i z ogromną niechęcią próbowałam się podciągnąć do góry. Niestety nie udało mi się. Siły mnie opuściły. Wstyd się przyznać, ale puściłam klamrę, walnęłam tekstem ” mam to w dupie” i poczekałam sobie pod Polskim Grzebieniem. Skuliłam się w mały kłębek i chciało mi się płakać. Poirytowanie i zmęczenie sięgnęło granic. Wiatr na dodatek miotał mną na lewo i prawo. Byłam naprawdę bardzo zmęczona i niesamowicie ospała. Jadłam sporo słodkiego, ale dawało to efekt tylko chwilowy. Pierwszy raz w życiu przeszła przeze mnie myśl, że mogę nie mieć sił na zejście. Przeszło mnie wtedy niesamowite uczucie lęku. Droga na Polski Grzebień do super krótkich nie należy. Teraz kamienne schodki jeszcze dadzą w kość moim stawom. Miałam wizję siebie jak dochodzę do schroniska jak inwalida. Walczyłam z wiatrem aż do schroniska. Marzyłam o tym, żeby ktoś mnie do miasta po prostu stamtąd zniósł. Zejście zielonym szlakiem dało mi tak w tyłek i kolana, że każdy krok był dla mnie udręką. Już przy samym końcu chciało mi się wyć i zapytać tego do góry ” DLACZEGO?????” „dlaczego to tak musi boleć, dlaczego nie czuję stóp, dlaczego tak bardzo chcę spać”. Przez całą drogę myślałam sobie, jak ja mogłam tak postąpić i nie wleźć na tego Grzebienia? Byłam zażenowana, że nie dałam rady. Dopiero teraz przestałam siebie za ten fakt linczować i po prostu przyznaję- nie miałam siły. Myślę, że w takich sytuacjach nie ma miejsca na wstyd. Góry nie mają być piekłem tylko niebem. Nie ma tam miejsca na udowadnianie innym, że jesteśmy super hardcorami. Ja tym super sportowcem, którym zawsze chciałam być – nie jestem i nigdy nie będę.

Ten wyjazd był dla mnie sporą nauczką. Dlaczego? Dlatego, że doszło do mnie jak źle planuję swoje wyjazdy. Z biegiem lat, człowiek coraz bardziej poznaje swój organizm i swoją psychikę. Mnie się przez lata wydawało, że mogę wszystko. Nie, jednak nie mogę wszystkiego. Wiem, że nie mogę wyjść w góry i planować ambitniejszych tras, ze względu na nieprzespane noce. Widzę jak bardzo źle to na mnie wpływa. Ze względu na chorą tarczycę, męczę się 3 razy bardziej niż przeciętny turysta, co daje mi pogląd na to, że lepiej atakować szczyty po nocy w jakimś schronisku. Podczas podejść pod schroniska zdążymy zużyć część swojej energii, a zabawa w góry zaczyna się dopiero z tamtego punktu. Myślę, że nie bycie rzeźnikiem to nie hańba. Oszczędzę sobie ciężkich chwil w przyszłości…mam nadzieję!

Z górskimi pozdrowieniami !

M.K

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *