Góry,  Trekking,  Zdrowie

Nerwica lękowa a podróże

W dzisiejszych czasach trudno spokojnie żyć. Myślę, że każdy z nas to odczuwa. Jedni do rzeczywistości dostosują się szybko i bezboleśnie, inni zaś będą mieli cały wachlarz objawów, które mówią ” halo, halo, coś się ze mną dzieje”.

Nerwica, większość z Was na pewno słyszała to słowo chociaż raz w życiu. Często słyszymy, że ktoś jest znerwicowany np. przez pracę. Jednak nie wszystkie „gorsze dni” możemy klasyfikować jako nerwicę. Aby nazwać tą przypadłość po imieniu, trzeba się mierzyć z wieloma objawami każdego dnia, przez dłuższy okres. A nerwica lękowa? Tu myślę, że mniej ludzi wie z czym to się je.

To, że człowiek jednego dnia czuje się rozdrażniony, zły, pesymistyczny czy leniwy, nie znaczy od razu, że cierpi na depresję czy nerwicę lękową. A my lubimy nadużywać medycznego nazewnictwa na każdą zwykłą dolegliwość.

Problem zaczyna się w momencie, gdy zauważasz, że konkretne sytuacje( np. wyjście gdzieś, gdzie będzie grupa ludzi) doprowadzają Ciebie na skraj wyczerpania emocjonalnego a następnie fizycznego. I niestety nie mija to następnego dnia, tylko ciągnie się nawet latami.

Zatem jak sobie poradzić i jak zorientować się, że to właśnie My stanęliśmy  twarzą w twarz z problemem nerwicy lękowej?

Może zacznę od mojej historii.

Nerwicę lękową mam już od dziecka. Mam głęboko w głowie zakorzenione wspomnienia, które dla mnie były bardzo ciężkie do przejścia w pewnym okresie życia. Pamiętam kiedy nie chciałam jeździć na wycieczki klasowe w szkole podstawowej. Dlaczego? Ciężko było sprecyzować czego się bałam. To był strach przed strachem. Brzmi to totalnie abstrakcyjnie, ale znam ludzi, którzy mają lęk przed samym lękiem. Unikają wtedy wszelakich sytuacji, które te lęki i ataki paniki mogłyby aktywować. Ja się bałam samej jazdy autokarem, samego wstania rano by pójść na zbiórkę. Ogarnął mnie paniczny lęk. Zaczęły się wtedy bóle brzucha, które będą mi dokuczały przez następne lata. Chodzenie do szkoły często było dla mnie stresującym doświadczeniem. Trzeba się umieć odnaleźć w grupie, spędzać tam kilka godzin codziennie. Chodziłam do szkoły, ale jak wspomniałam, coś więcej było już dla mnie ponad moje możliwości.

Kolejnym etapem było przejście z klasy 4 do 6. Niby nic strasznego, szkoły przecież nie zmieniałam….ale miałam wraz z klasą zmienić piętro i przenieść się do starszaków. To była dla mnie tak ogromna trauma, że każda myśl o tym kończyła się atakiem histerii.

Może się Wam wydawać, co to takiego przejść piętro wyżej? Jak widać dla mnie była to ostra przeprawa. Potem powiedziano mi , że lęk spowodowany tą sytuacją był tak naprawdę lękiem przed zmianą jakby etapu życia. Bałam się przyszłości, po prostu. Ból brzucha, płacz, strach, bóle głowy. I tak od tych pierwszych sytuacji zaczęło się prawdziwe hodowanie lęku, który podstępnie się ujawniał w moim dorosłym życiu.

Do okresu liceum, bóle brzucha były codziennością. Pomimo, że miałam koleżanki, piękne dzieciństwo, niczego mi nie brakowało to w głowie nadal był strach przed wszystkim.

Koniec liceum był pewnym punktem, który nazywam totalną katastrofą. Wtedy całe moje problemy związane z lękami przybrały na sile i walnęły mnie z przykrym skutkiem. Pamiętam, że obudziłam się pewnego ranka, kompletnie sparaliżowana strachem. Strachem, że coś mi się stanie, że nikt mi nie pomoże. Że coś stanie się mojej Mamie. Poprzedniego wieczora obejrzałam horror, dość drastyczny. Efektem była kompletna destabilizacja mojego emocjonalnego życia. Bałam się ruszyć z łóżka, musiała być przy mnie tylko moja Mama. Nie mogłam jeść, wstać. Najbezpieczniej czułam się w domu, w moim łóżku. Mama wyciągała mnie na kilkuminutowe spacery, tylko po to, żebym mogła przyswoić sobie, że  mi ani jej nic się przez to nie stało. Wtedy pierwszy raz poszłam do psychologa. I wtedy usłyszałam hasło nerwica lękowa.

Kolejnym mocnym napadem lękowym był moment, kiedy to zaczęłam wyjeżdżać coraz częściej w góry. Góry stały się częścią mnie, mojego życia. Nie wyobrażam sobie bym nie mogła po nich wędrować i poznawać nowym pasm. Jednak co za tym szło? Dojazdy.  Jakoś musiałam się przemieszczać i najczęściej był to pociąg. Jednak nigdy nie sądziłam, że i w ten punkt mój lęk uderzy. Kilka lat temu wracając z Beskidu Żywieckiego dopadło mnie zatrucie pokarmowe. Było to bardzo nieprzyjemne doświadczenie, które zostawiło ślad do dzisiaj. Bo co zrobić kiedy dopadnie Cię zatrucie pokarmowe podczas długiej podróży? Pamiętam, że na domiar złego czekały mnie przesiadki, w tym jazda autokarem. To było jeszcze gorsze niż pociąg. Nie będę wchodziła w szczegóły, jak to wszystko wyglądało, bo tutaj nie ma się czym chwalić. Skończyło się to karetką w Krakowie. Dostałam zastrzyki, które umożliwiły mi po kilku dobrych godzinach powrót do domu. Niestety sam widok pociągu wywołał u mnie atak konkretnej paniki. Panika przed tym, że stanie się to samo co w ostatnim pociągu. Bałam się, że zrobi mi się niedobrze, że narobię sobie wstydu a ludzie będą na mnie patrzeć z obrzydzeniem. Serce wtedy waliło mi jak oszalałe przez kolejne 6 godzin jazdy. Pamiętam jak siedziałam w przedziale sparaliżowana lękiem. Trafiłam jeszcze na ludzi, którzy notorycznie zamykali mój przedział, uniemożliwiając przepływ powietrza. Ten powrót był dla mnie bardzo traumatyczny, nie mogłam się wyzbierać z tego przez długi czas. Nie mogłam patrzeć na pociągi, nie potrafiłam nawet wsiąść do tramwaju w obawie, że będzie mi niedobrze. Długa praca z psychologiem pozwoliła mi odblokować siebie odrobinę. Kazano mi na początek popatrzeć na pociągi. Oswoić się z widokiem. Był to jedyny środek lokomocji, który umożliwiał mi wyjazdy w moje ukochane góry. Musiałam to jakoś przełamać. Następnym krokiem były jazdy tramwajem, najpierw jeden przystanek, potem dwa i tak dalej. Przyszedł czas na pociąg. Do teraz, mam przy sobie całą apteczkę i woreczek na czarną godzinę. Zawsze butelkę wody i relaksującą muzykę bądź serial np. Przyjaciół. Miałam za zadanie znaleźć coś, co mnie chociaż na chwilę rozluźni. Kolejnym etapem było powiedzenie sobie w duchu ” jak zrobi mi się niedobrze to trudno, pójdę do toalety, w razie czego mam worek, w najgorszym razie wysiadam na następnym przystanku. A jak puszczę pawia….no to trudno. Zdarza się.” I te słowa były moją mantrą. I tak teraz nie mam już tego problemu. Chociaż z tyły głowy nadal czuję lęk, który po cichutku szepcze a co gdyby…..

To był tak naprawdę początek mojej drogi razem z lękami i atakami paniki. Musiało dojść do bardzo mocnych sytuacji bym mogła zacząć z tym pracować. Wiedziałam, że do końca życia się tego nie pozbędę. Taka moja uroda, takie mam mechanizmy. Wszystko co mnie kształtowało od dziecka, zostało do dziś.  Do teraz każde zmienne sytuacje w moim życiu wywołują u mnie lęk. Jednak nie paraliżuje mnie on tak jak kiedyś. Większa świadomość tematu i samej siebie pomaga w codziennym życiu.

 

To jak z tymi podróżami?

Często słyszę. Tyle podróżujesz, jesteś taka komunikatywna, odważna i Ty masz nerwicę i lęki?

Tak, pozory niestety mylą. Każdy z nas ma problemy, mniejsze, większe. Każdy z nas ma psychikę. I każdy inaczej sobie z życiem radzi.

Mnie moje pasje napędzają do działania. Jednak podróże z lękami nie są wcale łatwe. Wszystko odbywa się w mojej głowie i moim ciele. Nadal mam symptomy fizyczne nerwicy. Bóle brzucha, głowy, mdłości, bóle w klatce piersiowej. Zawsze ten bagaż zabieram ze sobą. W samochodzie moje lęki jadą razem ze mną. Jednak każę im siedzieć z tyłu a ja z przodu. To taka wizualizacja. Skoro już muszę się z lękami oswoić i pogodzić, że zawsze ze mną będą to pozwalam im na jazdę z tyłu. Dlaczego? Bo to ja jestem z przodu i to ja nadaję kierunek jazdy. To co siedzi za mną nie ma prawa manewrować mną i moim życiem.

Całe lata psychoterapii pomagały mi się oswajać z lękiem. Wiem, że nie raz usłyszę od lęków ” zaraz się coś stanie, nie dasz rady tego zrobić, zaraz dostaniesz zawału bo boli Cię klatka”. Zawsze muszę mieć na to odpowiedź” jak coś się stanie to trudno, jak nie dam rady to też trudno, jak dostanę zawału to dostanę….trudno”. I lęk się ucisza.

Każdy wyjazd to dla mnie psychiczna kolejka górska. Niekiedy sobie myślę, że może się wcale nie nadaje na takie sportowo-podróżnicze życie. Jednak pozostaje mi albo próbować i walczyć  albo zostać w domu i gasnąć w czterech ścianach.

Moja ostatnia podróż do Słowenii odbywała się z ogromnym bólem w klatce piersiowej. Pierwsze co przychodziło mi na myśl to, że coś dzieje się z sercem. Ale jak? 30 lat i zawał? Kurcze….a jeśli to zawał? I masz babo placek. Jedno pytanie i poskładane. Zaczęłam przed wyjazdem chodzić do lekarzy i na badania. Ból klatki mi nie mijał. Cały czas czułam niepokój, wysokie tętno, na końcu miałam wrażenie, że boli mnie już wszystko. Chodziłam do laryngologów, kardiologów internistów. Byłam przebadana od stóp do głów. I nic. Wszyscy tylko pytali ” a ma Pani jakiś stres?”.  Jak w dzisiejszych czasach nie mieć stresu? W końcu ktoś mi powiedział, że to jest objaw nerwicowy. Coś podobnego do nerwobólu. Zaczęłam po prostu go ignorować. Za każdym razem gdy czułam ból, mówiłam” super, że jesteś, tęskniłam za Tobą „. Pojechałam z takim nastawieniem do Chorwacji. Ból minął, bo nie zwracałam na niego uwagi i nie wsłuchiwałam się tak bardzo w swoje ciało.

Takich historii mogłabym przytoczyć mnóstwo. Nerwica może uderzyć w każdy zakątek Twojego ciała i umysłu.

Dlatego warto o siebie zadbać. Mentalnie i fizycznie.

Jak można sobie pomóc w napadach lękowych?

Mindfulness.

Przede wszystkim jak najczęściej się wyciszać. To jest taki złoty środek dla chwili dla siebie. W pracy, w domu, na spacerze, w górach, nad morzem. Wszędzie. Bierzesz słuchawki, szukasz miejsca dla siebie i poświęcasz dosłownie 5 minut. A o co chodzi w mindfulness? O bycie tu i teraz. Nie zaglądanie w przeszłość i nie grzebanie w przyszłości. Ma być TU I TERAZ. Słyszysz śpiew ptaków,  na tym możesz się skupić. Skupiasz się także na oddechu. Na wsłuchiwaniu się w pracę Twojego ciała. W głębi ducha codziennie możesz sobie mówić” jestem wystarczająca/y, jestem szczęśliwa/y z tego co mam, doceniam to co mam”. Początki z medytacją też nie należą do łatwych. Skupienia trzeba się nauczyć. To normalne, że na początku wszystko Cię będzie swędzieć, będziesz wyczulona/y na wszystkie niezbyt pożądane dźwięki.

Sport.

Nic tak nie dodaje energii i samooceny jak sport. Jest ciężko a Ty dajesz radę? Cudowne uczucie, mieć tą świadomość.  Jeżeli nie wiesz jak to jest, to znajdź coś dla siebie i działaj.

Kiedy ja zaczęłam jeździć rowerem po górach, na pierwszym podjeździe myślałam, że płuca mi dosłownie wybuchną.  Najchętniej bym rzuciła rower w krzaki i poszła do domu. Ale nie odpuściłam. A nie zapominajmy, że od wysiłku ból w klatce był znacząco odczuwalny, więc miałam dodatkowo lęk, że zaraz dostanę zawału i w ogóle nie dojadę już nigdzie. Tak by było najłatwiej, odpuścić. I mieć potem wyrzuty sumienia. Dlatego zrobiłam zupełnie odwrotnie. Podniosłam rower i pojechałam dalej. A niech mnie boli. Przynajmniej czuję, że żyję.

Ustalaj swoje granice.

Potrzebujesz dnia/wieczoru/popołudnia dla siebie? To go sobie zrób. Nawet w podróży. Każdy z nas ma swoje wewnętrzne dziecko, które od czasu do czasu musi pielęgnować. Czy to z ulubionym filmem, książką, grą czy po prostu pod kocem. Nie każdy dzień podczas pobytu w górach musi być wysiłkowym maratonem. Daj sobie luz, pobądź z naturą sam na sam. Umysł Ci się za to odwdzięczy.

Granice dotyczą również sportu.

Kiedyś kiedy wędrowałam po górach z różnymi ekipami. Większość z nich miała zabójcze tempo. Ale tak bardzo chciałam za wszystkimi nadążyć, że zajechana dotrzymywałam im kroku, zjadając wszystkie batony po drodze bo po mojej energii nie było już śladu.

Nie. Tak nie robimy. Nie masz sił? Mów. Potrzebujesz przystanku? Mów!

Każdy ma inną wydolność, inną kondycję. Ja osobiście uważam, że nie po to chodzę po górach by czuć się jak na maratonie. Idę tam w innym celu. Jeżeli mam potrzebę przystanku to o tym mówię. Bo jedyne co może nas spotkać po myśleniu ” nie będę się zatrzymywał bo wezmą mnie za lamusa” to zniechęcenie i flustracja do dalszych eskapad.

Ja mam skłonność do hipoglikemii czyli szybkiego spadania cukru podczas wysiłku. Czy to na rowerze czy podczas wędrówek. Pomimo obfitych śniadań, cukier spada mi w ekstremalnym tempie. Niedawno głupio mi było ciągle coś w trakcie aktywności zajadać „bo mnie wezmą za żarłoka albo lenia”. Teraz myślę sobie, a niech mnie mają za co chcą. Ja potrzebuję batona i go zjem, bo mój organizm tego potrzebuje. Nie mam ochoty jechać z zieloną twarzą od mdłości, sennym wzrokiem i brakiem sił żeby utrzymać kierownicę.

Noclegi.

A teraz prosto z mostu. Nie ma nic gorszego w podróży niż problem z toaletą. Szczególnie dla osób, które mają nerwicę natręctw i fobię na tym tle.Jest to bardzo indywidualna sprawa, każdy inaczej do niej podejdzie. Jeden załatwi się wszędzie a drugi nie. I z tym drugim często słyszę jest problem. Zdrowe jelita to zdrowy duch w człowieku. Jeżeli masz z tym problem i przerażają Ciebie toalety gdzie współdzielisz ją z innymi ludźmi bądź masz wychodek na zewnątrz albo co gorsza wcale( spanie w namiocie na dziko wymaga pójścia za potrzebą do lasu ) to nie wybieraj takich obiektów.

Wszystko zależy od finansów, wiem o tym. Jednak z własnego doświadczenia wiem, jak bardzo może być ważny temat toalety na własny użytek w pokoju, który wynajmujesz. Niekiedy lepiej dopłacić do noclegu, ale mieć pusty i płaski brzuch niż wnosić potem całość na szczyty.

Ostatnio miałam nawet bardzo specyficzną sytuację w Słowenii. Dobrze, że był to tylko jeden, przejazdowy nocleg. Na zdjęciach na bookingu, mała kawalerka wyglądała bardzo fajnie, nowocześnie itd. Pominięto fakt, że w łazience nie było drzwi, tylko kotara od prysznica. Może gdyby ta łazienka była dalej a nie zaraz przy stole, gdzie jesz śniadanie to by nie było aż tak źle. Nie wyobrażam sobie jednak jechać i spać w takim mieszkaniu jeszcze z dodatkowymi osobami. Bardzo mało komfortowe. You know what I mean.

Dobór Celu

Nie ukrywajmy. Wielu nie stosuje zasady mierz siły na zamiary. Jeżeli zmagasz się z lękami przestrzeni, wysokości to nie wybieraj się od razu na Orlą Perć, czy w najwyższe szczyty w Alpach. Wg mnie można w tym temacie zrobić dwie rzeczy: albo powoli wyznaczyć sobie drogę by się oswoić z lękami i je przełamywać by potem zdobywać najwyższe i najcięższe szczyty albo po prostu odpuść. Nie mówię tu o odpuszczeniu pasji, tylko przerobieniu jej. Piękna gór nie ujrzysz tylko w Himalajach czy Tatrach Wysokich. Jest cała masa łagodniejszych gór, po których można wędrować w spokoju, bez obawy, że zaraz odpadniesz w 200 metrową przepaść. Rób wszystko w zgodzie ze sobą. Droga, by pokazać się innym i im coś udowodnić to bardzo zgubna ścieżka. A gdy podkopujemy własną samoocenę to lęki stają się coraz silniejsze.

Życie z lękami, napadami paniki, fobiami ,nerwicami nie jest proste. Jest to ogromna praca ze sobą. Nikt inny tej pracy nie wykona za Ciebie. Lęków nie da się odgonić na zawsze, one będą. Jak się wyciszą to będą czatować by Cię nastraszyć w najmniej oczekiwanym momencie. Warto mieć narzędzie w postaci siebie, żeby móc przy tym normalnie funkcjonować. Pamiętajmy, że każda nerwica z pozoru łagodna może zakończyć się np ciężką depresją. Nie bądźmy obojętni na ludzi od których coraz częściej słyszymy, że nie mają na nic ochoty, boją się czegoś, mają fobie lub inne przypadłości. Myślę, że żyjemy już w takich czasach, że nie powinien być to temat tabu. Domyślam się, że wiele osób może mieć jeszcze naleciałość po starszej generacji ” nie mów nikomu, bo Ciebie wezmą za psychicznie chorego”. Takim osobom bardzo współczuję takiego podejścia. Dzisiejsze czasy są zbyt dziwne i ciężkie byśmy sobie jeszcze ładowali takie nieprzyjemności. Podobnie jeżeli ktoś zwierza się ze swoich lękowych problemów, nigdy nie mów do niego np. Daj spokój, daj na luz, ogarnij się. To są tzw betonowe koła ratunkowe. Zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi nie potrafi wesprzeć drugiego człowieka, kiedy sam nie mierzył się z takimi problemami. Jednak jeżeli już chcemy komuś pomóc w takich tematach, warto o nich najpierw poczytać i  po prostu takiego człowieka wysłuchać, bez osądzania i złotych rad. Nigdy nie wiemy co się nam w życiu może przytrafić a mózg to potężne narzędzie, potrafiące równocześnie spłatać nam figle.

 

Z górskimi pozdrowieniami

M.K

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.